Gdyby Oskary były rzeczywistym miernikiem jakości filmów, w tym roku nominowane byłoby wcale nie W ciemności, ale Róża. Ale że, jak wiadomo, Akademia Filmowa preferuje konkretny i wcale nie zawsze najbardziej wartościowy rodzaj kinematografii, to film Wojtka Smarzowskiego obsypany został deszczem nagród „zaledwie” na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni i Warszawskim Festiwalu Filmowym. I zresztą bardzo dobrze. Tam jest miejsce dla filmów tego typu.

Róża to film brutalny i naturalistyczny. Osobom o słabych nerwach odradzam wybranie się na seans, zwłaszcza jeżeli ma być to wieczorna rozrywka. Sceny gwałtów sypią się gęsto niczym kule podczas wojny, której przebłyskami Smarzowski nas raczy co chwila. A wszystko to podane w sposób do bólu dosłowny, bez żadnego dyskretnego odwracania głowy. Widać tu jakieś młodopolskie zamiłowanie do zła i brzydoty, które zresztą reżyser zdradzał już w poprzednim swoim filmie – Domie Złym.

Jednocześnie Róża to film bardzo polski, choć nie o Polakach wcale, ale o Mazurach. Polska jest martyrologia tytułowej bohaterki, a jeszcze bardziej chyba romantyczny idealizm Tadeusza, który nie ugina się nawet podczas brutalnego śledztwa. Polska kocha takie filmy. Ale Róża jest zupełnie inna niż wulgarnie uproszczone tanie fabuły o katach i ofiarach. Trzeba pamiętać o całym kontekście narodowościowym, w który są uwikłani bohaterowie oraz o pobudkach, dla których postępują jak postępują. To nie wspaniała miłość ojczyzny, ale rozpaczliwe trzymanie się swojego jedynego miejsca na ziemi. Bez określania czy to miejsce jest polskie, niemieckie czy mazurskie.

Trudno w sumie powiedzieć o czym jest ten film. Nie sposób zakończyć mówiąc, że opowiada on o Mazurach, których ciężką dolę na przykładzie historii Róży, ukazuje Smarzowski. Gwałty, brutalne próby zmuszenia do opuszczenia swoich ziem i codzienne powojenne próby urządzenia się na swoim – to wszystko w Róży znajdziecie. Ale jest coś jeszcze – co wykracza poza ramy historyczne. To odwieczna walka o przetrwanie i apatyczna rezygnacja ofiary, no i oczywiście miłość – nieśmiała i prawie niewidoczna.

Film Smarzowskiego to jest to, co kocham w kinie. Film, który włazi za kulisy idealogii i wojny, przyłapuje ruskiego oficera bez spodni i chłopca z drewnianą zabawką. Ten realistyczny przekaz toczy się tutaj wolnym, ale zmiennym rytmem jak samo życie. Po brutalnym gwałcie wstaje nowy dzień i uśmiech zgwałconej dzień wcześniej kobiety. Przeplatają się tutaj ze sobą pierogi podane na obiad, zatargi z oficerami i ludzka przebiegłość. I na tym cudownie skomponowanym tle codziennych małych i wielkich wydarzeń nawet jednoznaczne postacie głównych bohaterów, a zwłaszcza heroicznego Tadeusza, granego przez Marcina Dorocińskiego, nie wypadają fałszywie.

Naturalizm Róży to nie tylko sposób przedstawienia postaci, ale także zdjęcia ( nota bene bardzo piękne) – utrzymane w stonowanej, zupełnie nienasyconej kolorem tonacji. Równocześnie przywodzą one na myśl dzień chmurny tak bardzo jak pierwsze powojenne lata – pełne gorzkich doświadczeń, nienajlepiej prognozujące na przyszłość i wiele mówiące o trudnej przeszłości.

Justyna Marcinkowska

Justyna
3 miesiące 1 tydzień temu